Czwartek - Wrocław, ZOO i związane z nim
jaja. Bo przystanek na tramwaj w jedną stronę jest tu, a w drugą
nie wiadomo gdzie. Ale jakoś się udało. Zoo całkiem spoko. Żyrafa
na pierwszy ogień. Potem pędziwiatry* i stallmany**. Trochę
cierpliwości trzeba było, bo chowały się w cieniu. Ale nie
siedziały tam cały czas. No i tak póki nie zaczęli wyganiać gości
bo zamykają. No to w tramwaj i do Boguśki.
Kima u Boguśki trafiona od strzała. Chipsy*** + jeden mały,
trzymany w osobnym pokoju żeby nie zachorował i kontakt z nim miała
minimalna liczba osób. Jeszcze się wieczorem się trójka fajnych
ludzi zjechała. Ale nikt nie pomyślał by przed 1 maja zrobić zapasy
;)
W piątek rano dojechała reszta ekipy. Na rynku niesamowita
atmosfera. Masa ludzi z gitarami. Jedni grają, inni z nimi chodzą,
jeszcze inni robią jeszcze coś innego. O 16 było bicie rekordu w
graniu piosenek Hendriksa. Ponad 6000 gitarzystów. Rekord
amerykanów pobity 3-krotnie. I w drogę na koncert.
Szukane przystanka w drugą stronę. Ale jacyś ludzie, wyglądają na w
klimacie.
- Jedziecie na koncert?
- Tak!
- Wiecie jak tam dotrzeć?
- Nie :P
- No to jedziemy z Wami ;)
Udało się dotrzeć. Masa ludzi. No i było na co przyjść :) Wykonanie
znakomite, chociaż Gilan już coraz słabszy głos miał, to jednak
instrumentalnie nie zawiedli.
Z buta przez pół miasta na dworzec i w drogę na Rajd PK. Pociągiem
do Brzeska, potem na stopa do Nowego Sącza. Gość nas podrzucił na
wylot na Gorlice. Jeszcze całkiem nie odjechał, a już złapaliśmy
następnego. Do Ropy, a potem jeszcze do Klimkówki gdzie był Rajd
PK****.
Na rajdzie tylko jedną dobę, ale niezwykle intensywną. Nie było
czasu na nudę i spanie ;) Są starzy znajomi! Niektórzy poznani
nawet 5 lat temu na rajdzie. Ognisko, gitary, koncerty, znów
gitary. Przepiękne miejsce na obóz. Niesamowita energia. Doskonała
kondycja, pomimo mojej choroby. Tak zwana magia rajdu, której nie
zagłuszy ani deszcz którego tym razem wyjątkowo nie było, ani coraz
durniejsza ochrona i wyjątkowo złe tym razem zaplecze sanitarne. No
ale kto na rajdzie się myje ;) Nie było pijaństwa takiego jak
dawniej. Większa kultura, większy porządek. Szkoda że mniej też
tych co jakieś jaja odstawiają - czyli ludzi bardzo pozytywnie
zakręconych. Ale ich rasa nie wyginęła i dają o sobie znać :) Był
Ginekolog. Byli ci co się rok temu dali przepić :D i grzybiarze.
Nawet moja grupa ze studiów nie zawiodła. Potem powrót i świetna
atmosfera w pociągu powrotnym. Chyba najlepsza ze wszystkich jakimi
jechałem.
* - strusie
** - antylopy gnu
*** - trzy psy
**** - taki mały Woodstock w górach, największa impreza
studencka tego typu w naszym kraju
peace free love and rock'n'roll
obserwowanie ludzi z poziomu grajka ulicznego
patrzenie się na ludzi. Mam teraz uraz psychiczny.
ustach śmiech, a w sercu cicha pustka