Na tablicy ogłoszeń trochę zmian.
Dźwiedziu świetnie się spisał, niemanie od razu stało się jakoś tak łatwiejsze w obyciu.
Grabówka ma w sobie nową energię, był krąg, poszły kwasy i wogóle, piękne.
Wczoraj z rańca kryzys z tytoniem, upadliśmy tak nisko z naszym nałogiem, że doszło do wyciągania petów z popielniczki. Paweł wyjechał, chłopaki pojechali na skipa do Brzozowa i wrócili z worem czereśni, ananasem, ziemniakami, marchewkami, jabłkami, rzodkiewkami , pieczarkami i mnóstwem innych dobrych rzeczy. Franek, który grał na ulicy, został zczepiony przez kierownika jakiegoś ośrodka, że da mu 20 zł jak zagra koncert przed zielonoszkolną wycieczką, a potem odwiózł go do chaty i mieliśmy przy okazji gości z którymi trochę pograliśmy, a Beatca upichciła niesamowity obiad.
Dzisiaj emocje od rana buzowały. Zbierało się napięcie, w końcu nastąpił zapłon. Zebraliśmy krąg - długa dyskusja. Ale już lepiej. Nowa energia, tak czuję. I chęć do działania.
A przy okazji mamy kolejnych gości - Aga i Marta. Ni stąd ni zowąd, przybyły jakieś dwie zagubione dziewczyny, przyprowadzone do nas przez proboszcza, gdy poszukiwały noclegu ze względu na nieudaną wyprawę w góry. Wyrażają ochotę zostania na dłużej. Obejżały już film o grabówce i pomagają właśnie przy obiedzie (godzina 21 - standardowa godzina obiadowa :D ). Wczoraj brak tytoniu - dzisiaj brak bletek. Nie ma to jak skręcanie papierosów z ulotek i kartek z zeszytów.
Kolejne plany, co, gdzie, kiedy. Ludzie w rozjazdach, umawianie się na trasy.
Jest świetnie.
Energii kop.
------
O, a teraz wpadli jeszcze rodzice Franka. Hahah, niesamowite.
Raport wczesnokwietniowy:
Wiosna wystrzeliła w całej Polsce. W górach, w miastach.
W oknach mojej kuchni znowu zagnieździły się jaskółki, koty,jak co roku dostają kota.Wstawanie o godzinę wcześniej stało się jakieś tak bardziej naturalne. Co z tego, że sobota. Godzina siódma a słońce już roztapia nasze zaspane twarze.
W ogródkach działkowych żółcą się narcyzy, zieleni się trawa,temperatura sięga 20 stopni.Miasto jest w miarę ciche tylko bardzo wczesnymi rankami. Już o czwartej słychać wyraźnie ptasie świergoty, a nozdrza wypełnia zapach wilgotnej ziemi. Idealna pora na spacer.Tak fajnie mi się wczoraj oddychało wczesno-porannym powietrzem.
Wiosna w duszach nam gra.
Nogi same ciągną przed siebie. Ale one mają taki już niemiły zwyczaj, że wyrywają się do biegu, podczas gdy głowa z całych sił próbuje utrzymać się w teraźniejszości.Ot takie ćwiczenie silnej woli. Jak utrzymać ciało w miejscu, gdy pozbawione krępujących je grubych zimowych ubrań, chce się ruszyć z miejsca. Jak utrzymać język w ryzach, gdy chce paplać i gadać a rozsądek nakazuje mu milczeć?Ah, ta nieskładność wiosenna, pisanie o niczym... W głowie jak w kotle, wirują myśli, płytkie,głębokie, a wszystkie równie nieskładne i niedokończone. Urwane w połowie, wykrzyczane nie do końca, lub zupełnie niewypowiedziane. Niezupełnie wysłowione, nieopisane. Nielogiczne, absurdalne, trzeźwe i rozsądne. A wszystko to w kolorowo-kwiecistym miksie.
I kolejnych dawkach
uczuciowego ekshibicjonizmu i błędach stylistycznych w postaci
powtórzeń i nieścisłości.
To przez to powietrze…Tak wspaniale wzywające wczesnymi rankami
do spaceru.Gdy głowa tylko wtedy mimo otumanienia całą tą pozimową
żywiołowością, jest w stanie myśleć trzeźwo. Zapowiada się kolejna
nocna wyprawa. Uwielbiam witać świt.
Tak, teraz szczerze i pełną piersią mogę odkrzyknąć Aldaronowi i wam wszystkim „DZIEŃDOBRY!”
Niestety, niektóre mają nieciekawą jakość... Ale to z winy bloga. Powalczę dalej, ale póki co...