Na tablicy ogłoszeń trochę zmian.
Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności. Obok zdrowej dyscypliny bądź łagodny dla siebie. Jesteś dzieckiem Wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że Wszechświat jest taki jaki być powinien.
Od tylu osób, zupełnie niezależnie słyszę, że jestem Słoneczkiem, Promyczkiem... a przecież we mnie tyle burz i niepokojów, czarnych chmur, gradobić... niestety niektórzy muszą je odczuwać, wolałabym, żeby tak nie było, ale. Dobrze, że wszyscy jesteście.
Czasem mam wrażenie, że moja drabina ma połamane lub podcięte szczeble. Bo tak to sobie kiedyś ułożyłam, że świadomość jest drabiną (rzeczy kosmiczne nie są mi dostępne per se i nie umiem o nich mówić, czy myśleć w ten sposób, więc je zamykam w ziemskie symbole, by przynajmniej namiastką móc względnie swobodnie operować i przekazać swoje przemyślenia).
Kiedy stoi się na szczeblu - jest spokój. Życie = constans. Stoimy. Kłopoty zaczynają się, gdy pojawia się gotowość, czy chęć do pójścia wyżej. Trzeba wtedy wykonać szereg skomplikowanych czynności takich jak oderwanie nogi od szczebla (który jest bezpieczny i miły, bo constans!), podniesienie jej i postawienie na nowym szczeblu (który jest nieznany i ryzykowny, bo może podcięty?). Potem to samo trzeba zrobić z drugą nogą, pracują też ręce. Zaczyna się burza.
Mam wrażenie, że od pewnego czasu próbuję postawić nogę na następnym szczeblu, ale on się za każdym razem obłamuje i nie mogę. Oczywiście przez to przerwa się powiększa i jest coraz trudniej. Burza trwa. Ja nawet wiem, czym jest ten kolejny szczebel, wiem gdzie jest, widzę go i być może rozumiem, ale on ciągle się obłamuje. Może to kwestia ciężaru moich dotychczasowych zechceń, wymysłów, pragnień? Może to jest szczebel, który wymaga wyjątkowej lekkości, lotności duszy... a może coś mnie jeszcze trzyma tutaj, tylko co? Szczebelek posmarowany smołą. Trzeba będzie zostawić buty. Lub o wiele więcej. Może to zwyczajny brak odwagi.
Słoneczko, Promyczek - a we mnie tyle burz i niepokojów. Jak to możliwe, żeby tak bardzo bardzo inaczej mnie widzieli niż ja widzę? Gdzie i jakie będzie moje Ja per se? Takie nie ubrane w symbol - niesłoneczko i nieburza, niepromyczek, nieniepokój, tylko właśnie Ja per se. To musi być gdzieś jeszcze bardzo bardzo daleko. Za siedmioma górami, za siedmioma szczeblami...
Zuanghzi "Prawdziwa Księga Południowego Kwiatu" - z całą pewnością tam będą moje wszystkie odpowiedzi.
-----
Zauważyłam też ze zdumieniem - jak mało ludzie zadają pytań w rozmowie. Ludzie są przekonani, że wiedzą. Mają taką niewyobrażalną dla mnie pewność, że wiedzą, rozumieją, właściwie odbierają, że mają tzw. rację. Na jakiej podstawie? Jak to robią? Niewyobrażalne.
Ja zapewne zadaję zbyt wiele pytań. Kwestia wykształcenia? Zapewne.
"To, w co wierzą wszyscy nie nazywa się obłędem." (A. Marz)
Dao zbudowane jest z dwóch przeciwnych sił, których nie należy rozdzielać poprzez nadawanie im nazw i moralną ocenę, gdyż zachwieje to naturalną równowagę.
Człowiek osiąga szczęście dzięki łączeniu przeciwieństw, sam zaś powinien żyć życiem prostym, skromnym i cichym, bez dążenia do celów, a jedynie poprzez czerpanie naturalnej radości z upływającej chwili. Źródłem zła jest sztuczność i pragnienia. Człowiek winien unikać konfliktów, nawet jeżeli wierzy w swoją słuszność. Silniejszy powinien ustępować słabszemu; rację ma ten, który tej racji nie udowadnia. Dobroć okazywać winniśmy każdemu, nie tylko temu, który dobry jest dla nas. Z kolei na agresję powinniśmy reagować biernością, która tę agresję niejako unieszkodliwi.
------
I jeszcze coś. Dużo mam dziś w głowie do wyrzucenia. Ech ech 
SPADOCHRON
Mam spadochron z lotnych słówek
Z muszek – słówek – owocówek
Kiedy spadam zamiast lecieć
Mój spadochron sam się plecie
Podtrzymuje za ramionka
Koronkowy jak… koronka
Ładnie pachnie czereśniami
Wiśniowymi gadankami
Podszeptuje szybowanie
I skrzydełek migotanie
Każdym słówkiem mnie ratuje
Za ramionka podtrzymuje
Mam spadochron z lotnych słówek…
Jeśli kiedyś przyjdą chwile
Że słóweczka będą w tyle
Nie nadążą, nie nadlecą
Wtedy gwiazdy mi zaświecą
Wtedy też zostanę sama
Przez świat cały pokonana
Pójdę słówka splatać nowe
W czyjąś inną już opowieść
Mam spadochron z lotnych słówek…
"O, ja natychmiast pojąłem, że pod wieloma względami nie rozumiem ich wcale; jako nowoczesny rosyjski postępowiec i zgniły petersburżanin nie pojmowałem na przykład tego, że przy takiej wiedzy nie posiadają naszej nauki. Ale wkrótce zrozumiałem, że ich wiedza żywi się innymi elementami niż u nas na Ziemi i że cele ich też są zupełnie inne. Nie pragnęli niczego i byli spokojni, nie dążyli do poznania życia, tak jak my to czynimy, ponieważ żywot ich był pełny. Ale wiedza ich była głębsza i wyższa niż nasza: nauka bowiem pragnie wytłumaczyć, co to jest życie, dąży do pojęcia go, aby nauczyć innych, jak żyć; oni zaś i bez nauki wiedzieli jak żyć, i zrozumiałem to, ale nie mogłem pojąć rodzaju ich wiedzy. Wskazywali mi na drzewa swoje – a ja nie mogłem zrozumieć tego stopnia miłości, z jakim na nie patrzyli: jakby rozmawiali z podobnymi sobie istotami. I, wiecie, chyba się nie omylę, twierdząc, że istotnie z nimi rozmawiali! Odnaleźli ich język i jestem pewien, że drzewa ich rozumiały. Tak patrzyli na całą przyrodę – na zwierzęta, które żyły z nimi w zgodzie, które nie napadały na nich i kochały ich, ujęte ich miłością. Wskazywali na gwiazdy i mówili o nich do mnie coś, czego nie mogłem zrozumieć, ale jestem przekonany, że w pewnym sensie obcowali z gwiazdami w niebie, i to nie za pomocą samej myśli, lecz jakiegoś żywego kontaktu. Och, ci ludzie nie starali się wcale o to, bym ich rozumiał, kochali mnie i bez tego, ale za to wiedziałem, że oni też nigdy mnie nie zrozumieją, i dlatego nic prawie im nie mówiłem o naszej Ziemi.
Całowałem tylko przy nich tę ziemię, na której żyli, i bez słów ubóstwiałem ich, a oni to widzieli i pozwalali się ubóstwiać, bo sami bardzo kochali. Nie cierpieli z mojego powodu, kiedy czasami we łzach całowałem ich nogi, wiedząc radośnie w swym sercu, z jaką mocą uczucia mi odpowiedzą. Niekiedy pytałem sam siebie w zdumieniu: jak to możliwe, że przez cały czas nie obrazili kogoś takiego jak ja, ani razu nie wzbudzili w kimś takim uczucia zazdrości czy zawiści? Wiele razy zadawałem sobie pytanie, jak mogłem ja – łgarz i zarozumialec – nie puszyć się swoimi wiadomościami (o których, rzecz jasna, nie mieli pojęcia), chcąc zadziwić ich nimi – lub choćby tylko z miłości dla nich? Byli radośni i figlarni jak dzieci. Błądzili po swoich pięknych gajach i lasach, śpiewali swoje piękne pieśni, spożywali lekkie pokarmy, owoce drzew swoich, miód lasów i mleko przywiązanych do nich zwierząt. Aby wyżywić się i przyodziać, pracowali niewiele i bez wysiłku. Miłowali się i rodziły się im dzieci, ale nigdy nie dostrzegłem tam wybuchów owej okrutnej zmysłowości, która jest udziałem niemal wszystkich na naszej ziemi, wszystkich i każdego, i stanowi jedyne prawie źródło wszystkich występków naszej ludzkości. Cieszyli się z pojawiających się dzieci jako z nowych uczestników ich błogiej radości. Nie było między nimi kłótni i nie było zazdrości, nie rozumieli nawet, co to znaczy. Ich dzieci były dziećmi wszystkich, gdyż wszyscy stanowili jedną rodzinę. Niemalże nie spotykało się wśród nich chorób, chociaż była śmierć, ale starzy ludzie umierali cicho, jakby zasypiając, otoczeni żegnającymi ich ludźmi, błogosławiąc ich, uśmiechając się do nich, odprowadzani z kolei ich pogodnymi uśmiechami. Bólu, łez przy tym nie widziałem, była tylko miłość spotęgowana aż do zachwycenia, jakie daje spokój, spełnienie, kontemplacja. Można było pomyśleć, że obcują jeszcze ze swoimi zmarłymi i że ziemska łączność z nimi nie została zerwana przez śmierć. Prawie nie rozumieli mnie, kiedy pytałem ich o wieczny żywot, ale widocznie byli bezwiednie tak pewni jego istnienia, że nie było to dla nich problemem. Nie mieli świątyń, ale mieli jakąś powszednią, żywą i nieustanną więź z Całym wszechświatem. Oczekiwali tego momentu z radością, wszelako nie spiesząc się, nie tęskniąc za nim, lecz mając go już jakby w przeczuciach serca swojego, o czym wieści podawali sobie nawzajem. Wieczorami, udając się na spoczynek, chętnie tworzyli zgodne harmonijne chóry. W pieśniach tych przekazywali wszystkie wrażenia, których dostarczył im odchodzący dzień, sławili go i żegnali się z nim. Opiewali przyrodę, ziemię, morze, lasy. Lubili składać pieśni o sobie i wychwalali się też nawzajem, jak dzieci; były to całkiem proste pieśni, ale wylewały się z serca i przenikały serca. Zresztą nie tylko w pieśniach – rzekłbyś, całe życie spędzali jedynie na wzajemnym podziwianiu się. Było to jakieś powszechne zakochanie, całkowite, wszechogarniające. Ale niektórych pieśni, uroczystych i ekstatycznych, prawie zupełnie nie rozumiałem. Rozumiejąc słowa, nigdy nie umiałem przeniknąć całego ich sensu. Pozostawał jakby niedostępny mojemu umysłowi, natomiast serce moje wchłaniało go bezwiednie i coraz bardziej. Często mówiłem im, że ja to wszystko od dawna już przeczuwałem, że cała ta radość i chwała odzywała się we mnie już od naszej ziemi tęsknym wołaniem, graniczącym czasami z dotkliwym smutkiem; że przeczuwałem ich wszystkich, ich wspaniałość w snach mego serca i w marzeniach mojego umysłu, że często nie mogłem patrzeć na ziemi naszej na zachodzące słońce bez łez... Że w nienawiści mojej do ludzi naszej ziemi zawsze kryła się troska; czemu nie mogę ich nienawidzić bez kochania, czemu nie mogę im nie przebaczać; w mojej miłości zaś do nich troska: czemu nie mogę ich kochać bez nienawiści? Słuchali mnie i widziałem, że nie mogą sobie wyobrazić tego, o czym mówię, ale nie żałowałem, że mówię im o tym: wiedziałem, że rozumieją całą moc mojej tęsknoty do tych, których porzuciłem. Tak, kiedy patrzyli na mnie swym kochanym, pełnym miłości spojrzeniem, kiedy czułem, że przy niech i moje serce staje się równie niewinne i szczere jak ich serca, nie żałowałem, że ich nie rozumiem. Uczucie pełni życia zapierało mi dech i w milczeniu modliłem się do nich."
Myśli w Kłębkach Pozytywnych ;))
Uśmiechnij mnie do ciebie, ja uśmiecham cię do siebie!

(Bo jest Słońce za oknem i niedługo nie założę już kurtki!)
8 grudnia o godz 19:30 w Centralnym Basenie Artystycznym w Warszawie - ul. Konopnickiej 6
odbędzie się koncert Orkiestry Na Zdrowie promujący wydanie nowej płyty Znaki
Tak a propos ;)
Spotkamy się?? :):):)
W takich momentach przewartościowuję wszystkie swoje "problemy". Czuję się śmieszna i małostkowa. To prawda, że każdy ma życie na swoją miarę, ale mimo wszystko, usłyszawszy tę opowieść pomyślałam, że mi nie wolno. Że nie wolno się mazać.
Rodzice usłyszeli od lekarza diagnozę. Ich córeczka urodziła się w 25 tygodniu ciąży. Były dwa rozwiązania - albo niedługo umrze, albo będzie żyć jako zupełna roślinka - nie będzie słyszeć, widzieć, chodzić. Lekarz popatrzył na rodziców i powiedział, że są taką ładną parą, że są takimi miłymi ludźmi. Mogą zostawić swoje chore dziecko w szpitalu, szkoda, żeby mieli się kłopotać przez całe życie, a przecież zawsze można postarać się o następne, które zapewne urodzi się zdrowe. Rodzice byli oburzeni. Postanowili, że będą wychowywać swoją córeczkę najlepiej jak potrafią, a co więcej, że dziewczynka będzie i chodzić i mówić i widzieć. Tak się stało - po jakimś czasie pobytu w domu okazało się, że ze wzrokiem i słuchem jest wszystko w porządku. szybko rozpoczęto bardzo męczącą i bolesną rehabilitację, przykurczanie i prostowanie nóżek i rączek. Było dużo cierpienia i płaczu. Leczenie przyniosło jednak bardzo pozytywne rezultaty, w wieku 14 lat (po czternastoletniej intenstywnej i bolesnej rehabilitacji) dziewczynka postawiła swoje pierwsze kroki.
Życie rodziny toczyło się szczęśliwie, wreszcie mogli wyjechać na pierwsze wspólne wakacje. Dziewczynka po raz pierwszy w życiu spędzała czas bez żadnej terapii, bez rehabilitacji, po prostu bawiąc się na wakacjach, jak każde zdrowe dziecko.
Kiedy jednak rodzina wracała do domu, zdarzył się wypadek. Pijany kierowca zderzył się z nimi czołowo. Dziewczynka miała połamane obie nogi, a jej rodzice nie przeżyli tego wypadku. Przez miesiąc nikt nie poinformował jej o śmierci rodziców. Mówiono, że leżą w innym szpitalu, że na razie nie może ich zobaczyć. Po miesiącu informacja o ich śmierci zbiegła się z informacją, że dziewczynka nigdy już nie będzie mogła chodzić. Ona jednak postanowiła walczyć. Poddała się kolejnej bardzo trudnej i bolesnej rehabilitacji, trwało to kolejnych kilka lat.
W tej chwili ma ona już około 30 lat, żyje samodzielnie, chodzi przy pomocy balkonika. Pomaga innym ludziom w organizacji przykościelnej.
Historia jest autentyczna. Kiedy pomyślę jaka wola życia jest w ludziach, jak różne rzeczy stają się mało ważne w takich sytuacjach i jak wyobrażę sobie, te swoje wszystkie smutki i "problemy", to myślę sobie po prostu, że mi nie wolno. Nie wolno nie cieszyć się tym, co jest człowiekowi dostępne bez żadnego wysiłku, co po prostu się od życia dostało na starcie i można z tego korzystać, można działać. Bo są ludzie, którzy muszą wydzierać to pazurami, wydzierać życiu każdą sekundę. I paradoksalnie znajdują w tym więcej szczęścia i determinacji niż ja, która wszystko to mam. Tak nie wolno. Nie wolno się mazać.
A jednak życie życiu nie równe...
Pozdrawiam Was ciepło, chciałam się podzielić momentem wzruszenia :*
Znowu patrzyłam w gwiazdy. Nie wierzyłam, że niebo może być AŻ TAKIE, ale było. Nie istniała taka gwiazda, której nie byłoby widać tej nocy z mojego śpiwora.
To znowu ta skala. Znowu nachodzą mnie takie refleksje... Nie ma tak małej wielkości (PARADOKSY!), która opisałaby małość nas wszystkich. Po prostu takiej nie ma. I to jest takie piękne... żyjemy sobie po cichutku na łebku od szpilki, ba! na okruchu chleba, na ziarnku piasku, ale nie takiego z piaskownicy, takiego z samej Sahary, takiego zupełnie niewyobrażalnie małego. Takiego, że w zasadzie, to go w ogóle nie ma.
I nawet tutaj, w tej niszy, w tym niczym, nie umiemy znaleźć sobie spokoju. No to niby gdzie go szukać, gdzie? Tam wysoko? Tam, w gwiazdach, w niebach, w Przestrzeni? Ja nie mogę uwierzyć w żadne "coś innego". Tam z pewnością jest wszędzie to samo. Różne inne łebki od szpilek. Różne inne okruchy i ziarenka. Każda, żeby nie wiem jaka, wielkość składa się z małości. I dopiero, kiedy to zrozumie, pojmie tak do głębi, wtedy będzie wielka NAPRAWDĘ.
Wiecie... to wszystko dlatego, że jeden rok świetlny to 9 bilionów 640 miliardów kilometrów (piszę już to z pamięci). Wszechświat, czyli zasadniczo całą wszystkość mierzy się w miliardach lat świetlnych. Czy ktoś z Was przyznałby kiedykolwiek, e jeden kilometr kwadratowy to mało? Cała wszystkość to nie ten kraj, to nie ten kontynent, to nawet nie ta planeta, a już na pewno cała wszystkość to nie garstka codziennych zmartwień. W skali kosmicznej, jaką wielkość będą miały ludzkie zmartwienia? Życie jest na to po prostu za krótkie.
Droga Mleczna:

Zagadkowe, bo przychodzą i odchodzą. Widocznie, tak jak my wszyscy, potrzebują swojej wolności. Nie utrzymasz takiego na siłę, nie da rady. Jak chce odejść, to odejdzie. Każda istota, rzecz, myśl, wspomnienie, zjawisko… nawet takie małe, niepozorne szczęścia. Przychodzą z powrotem również niezapowiedziane. „Hej ho! Jesteśmy! To my! Wróciłyśmy! Tra la la la! ” Właśnie do mnie wróciły, małe cholery ;) I ja je pytam: "Gdzieście były, cholery?!" A one wiecie co? Nic :P Nic a nic. Cicho sza...
Od jednego małego, niepozornego człowieka czasami tak wiele zależy dla drugiej osoby… /nawet nie zdaje sobie z tego sprawy/ Od niego, czyli: od jego lęków, od jego trudności, kłopotów, od jego własnych, małych, niepozornych szczęść i nieszczęść /przychodzących, odchodzących/. Ty nieszczęśliwy – ja nieszczęśliwa. Platońskie unie dusz istnieją naprawdę, prawie materialnie, to coś na samej krawędzi światów (jak mózgozłącze… chyba…). To zadziwiające, ale są, istnieją, ludzie łączą się przez głowy.
Czasami dopóki nie poukłada się z tą jedną, jedyną, małą, niepozorną osobą – dopóty nie poukłada się z nikim. Z nikim. Z nikim. I nic nie da się zrobić. Można tylko czekać na cholernie radosny powrót cholernych małych, niepozornych szczęść. „Hej ho! To my! Jesteśmy znowu! Ta da dam!”
Jeśli czasem w trudnym czasie
Tkwisz w zamęcie, albo gdzieś na trasie
Zapamiętaj, to jest owoc naszych spotkań
Ja jestem z tobą
Wędrujemy każde swoją
Rozpuszczone w świecie drogą
I pamiętaj, żadne siły juz podzielić
Nas nie mogą
Uściski dla Was wszystkich :*
Hej, kochani. Szykowałam się ostatnio na takie jedno przesłuchanie do takiego jednego teatru. To zasadniczo nie jest istotne, grunt, że w poszukiwaniu tzw. prozy klasycznej (do tej pory nie wiem za bardzo co nią jest, a co nie i dlaczego :P) natknęłam się na opowiadanie. Autor: Fiodor Dostojewski. Tytuł: "Sen śmiesznego człowieka". Tak mnie ono niesamowicie wzruszyło...
Chciałabym z Wami podzielić się tutaj tą opowieścią w całości, ale jest zdecydowanie za długa. Postanowiłam, że wkleję fragment, który zdecydowałam się powiedzieć na przesłuchaniu, czyli puentę, a całość podam w odnośniku (do otwarcia potrzebny niestety program Mobipocket Reader, ale to bardzo fajny program do książek elektronicznych)
SEN ŚMIESZNEGO CZŁOWIEKA - Fiodor Dostojewski (jest w tym zbiorze
"Petersburskie senne widziadła wierszem i prozą")
A tutaj fragment:
"Kiedy tak stałem, stopniowo odzyskując przytomność, nagle wpadł mi w oczy rewolwer, gotowy, nabity — ale teraz błyskawicznie odepchnąłem go od siebie! O, teraz żyć! Żyć całą duszą! Podniosłem w górę ramiona i wezwałem wieczną Prawdę. Nie, nie wezwałem, lecz zapłakałem; zachwyt, bezmierny zachwyt wypełniał całą moją istotę. Tak, żyć i — głosić Prawdę! Tak zadecydowałem w owej chwili — przez całe życie głosić prawdę. Będę głosić, chcę głosić — co? Prawdę, albowiem widziałem ją, widziałem na własne oczy, widziałem całą jej wspaniałość!
No i od tego czasu głoszę ją! Poza tym — kocham tych, co się ze mnie śmieją, bardziej niż wszystkich innych. Dlaczego tak jest — nie wiem i nie potrafię wytłumaczyć, ale niech już tak będzie. Oni mówią, że ja już teraz się plączę, no więc skoro już teraz tak mi się poplątało, to co będzie dalej? To szczera prawda: plączę się, i może dalej będzie jeszcze gorzej. Oczywiście, pomylę się kilka razy, zanim dojdę do tego, jak głosić, to znaczy jakimi słowami i jakimi czynami, gdyż to bardzo trudno wykonać. Przecież już teraz jest to wszystko dla mnie jasne jak słońce, ale słuchajcie: kto się nie myli? A tymczasem wszyscy idą przecież do tego samego, przynajmniej dążą do tego samego, od mędrca do ostatniego zbója, tylko różnymi drogami. To stara Prawda, ale jest w niej coś nowego: nawet pomylić się zbytnio nie mogę — ponieważ widziałem Prawdę, widziałem i wiem, że ludzie mogą być piękni i szczęśliwi, nie tracąc możliwości życia na ziemi. Nie chcę i nie mogę wierzyć, żeby zło było normalnym stanem ludzi. A przecież oni cały czas właśnie z tej mojej wiary się śmieją. Jakże mam nie wierzyć: widziałem Prawdę — nie, nie doszedłem do niej na drodze rozumowania, lecz widziałem, widziałem, i żywy jej wizerunek wypełnił duszę moją na wieki. Widziałem ją w tak pełnej postaci, że nie wierzę, aby nie mogła być u ludzi. A więc jak ja się mogę mylić? Mogę zboczyć oczywiście, nawet kilka razy, będę mówił być może nawet cudzymi słowami, ale nie na długo: żywy wizerunek tego, co widziałem, będzie zawsze ze mną, zawsze mnie naprostuje i mną pokieruje. O, jestem rześki, pełen energii, idę, idę i mogę iść tysiąc lat. Wiecie, chciałem nawet ukryć początkowo, że zdeprawowałem ich wszystkich, ale to był błąd — oto już pierwszy błąd! Ale Prawda szepnęła mi, że kłamię, i ochroniła mnie, i pokierowała mną. Ale jak urządzić raj — nie wiem, bo nie potrafię przekazać tego słowami. Po śnie moim zgubiłem słowa. Przynajmniej wszystkie główne słowa, najpotrzebniejsze. Ale mimo to pójdę i wszystko będę mówił, bezustannie, bo jednak widziałem na własne oczy, chociaż nie umiem przekazać, co widziałem. Lecz tego właśnie kpiarze nie rozumieją: „Sen, powiadają, nic więcej, maligna, halucynacja". Ech! Co w tym mądrego? A oni się tak puszą! Sen? Cóż to jest sen? A nasze życie — czy nie jest może snem?! Powiem więcej: dobrze, niech się to nigdy nie spełni, niech nie będzie raju (przecież nawet ja to rozumiem!) — ale ja mimo to będę wieścił. To takie proste: w ciągu jednego dnia, w ciągu jednej godziny — wszystko by było od razu gotowe! Przede wszystkim: kochać innych jak siebie, to jest najważniejsze, i koniec, absolutnie nic więcej nie potrzeba: natychmiast będziemy wiedzieli, jak się urządzić. Właściwie to przecież tylko stara prawda, którą bilion razy powtarzano i czytano, a jednak się nie przyjęła! „Świadomość życia jest ponad życiem, znajomość praw szczęścia — ponad szczęściem" — z tym trzeba walczyć! I będę walczył. Jeżeli tylko wszyscy będą chcieli, od razu wszystko się urządzi.
A tamtą małą dziewczynkę odszukam... I pójdę! Tak, pójdę!"
Wiarę tak trudno utrzymać... pomaga mi myślenie o Kosmosie, nawet nie wiem czemu. Chodzi chyba o skalę. Robię się wobec niego taka malutka i bardzo dobrze mi z tym, dobrze jest być malutkim, bo wtedy można skupiać się na swoich malutkich sprawach i znajdować swoje malutkie szczęścia. Dla wielkiego człowieka malutkie szczęście może być faktycznie zbyt malutkie, ale dla malutkiego człowieka może być już czymś całkiem dużym i zupełnie wystarczającym... dobrze jest być malutkim.
Pozdrawiam Was cieplutko :*
P.S. Nowe Niemanie - super :)
Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale przyszło mi dzisiaj do głowy coś takiego: szczęście to sztuka mimikry. Przystosowania, upodobnienia, przejmowania barw, odcieni, rzeczywistości, ale zachowania w tym siebie (bo jednak ćma na korze brzozy pozostaje ćmą...). "Ja" z definicji zmienne, dążące, chłonące świat, nie sztywne w regułach, zasadach, racjach, prawdach, gotowych rozwiązaniach na każda okazję. Właśnie nie. Właśnie z definicji zmienne i chłonące. A jednak spójne i własne. Grozi nam wtedy chaos. Ale może to nieuniknione? ...
To trudne do przekazania, bo chodzi np. o wyzbycie się dumy i próżności (które wynikają z chęci chronienia jakiegoś sztywnego schematu siebie, bo i do czego nam duma i próżność, kiedy nie czujemy zagrożenia swojego Ja?), którą każdy z nas w sobie nosi. O wyzbycie się siebie, w jakimś sensie... siebie stałego i takiego samego, siebie z szablonu, który budowaliśmy przez 20, czy 30 lat swojego życia. Czy ile tam kto ma. Nie chcemy nagle zmieniać hierarchii wartości pod wpływem szczególnej sytuacji (a każda sytuacja jest szczególna, bo żadna się nigdy nie powtórzy), uważamy, że ona musi być stała. A może tak naprawdę wcale nie powinno jej być? Może wszystko naprawdę płynie... płynie z sytuacji do sytuacji z rzeki wpada do rzeki, z rzeki do rzeki, a z rzeki do morza i dalej i w konsekwencji z powrotem.
Jesteśmy bardzo przyzwyczajeni do siebie, to swojej stałości, niezmienności. Skoro jestem Aś, to jestem Aś, mam takie cechy, jakie ma Aś, nie mogę mieć cech, których Aś nie ma. A niby dlaczego nie? Życie weryfikuje - Aś może mieć każde cechy, jakie tylko zechce, co więcej! Aś będzie miał w swoim życiu jeszcze bardzo wiele cech, których nigdy nie chciałby mieć! I to jest nagroda gwarantowana w tym teleturnieju...
Więc czemu tak kurczowo się trzymać? I w ogóle to - trzymać się czego? Może utopii? To znaczy na pewno utopii. Każde nasze myślenie o sobie w kategoriach stałości jest wielką ułudą. Bo nie wiemy, co stanie sie z nami jutro. Nie wiemy, jakie myśli przyjdą nam do głowy. Może samobójcze. A może o urodzeniu dziecka. Ludzie, którzy nie wiedzą - są mądrzy. Płyną z prądem życia i przylepiają się gdzieś czasem na odpoczynek, używając mimikry, żeby czuć szczęście. Szczęście to pokonywanie trudności, mimikra jest pokonywaniem trudności, jest przystosowaniem, łagodnym poznawaniem świata, akceptowaniem, chłonięciem, wykorzystywaniem, wplataniem w siebie. Wbrew pozorom nie jest ucieczką. Gdyby mimikra była ucieczką, ćma bałaby sie latać i by zwyczajnie zdechła z tego strachu. Bo ucieczka to strach, nie ucieka istota, która się nie boi, bo i dlaczego miałaby uciekać? A mimikra właśnie eliminuje strach, lęk, bo pozwala cicho przycupnąć, milczeć i patrzeć, daje bezpieczeństwo. Jest łagodnością. Łagodność... słowo klucz na dzisiejszy wieczór.
A to wszystko dlatego, że mała dziewczynka usnęła w moich ramionach, kiedy mówiłam do niej o oceanie...
P.S. Czy ja w ogóle mam prawo takie rzeczy pisać? Czasem obawiam się, że przekazując komuś takie myśli - niszczę jego Drogę. Bo jeśli to przyjmie, to już nie będzie jego droga, to już będzie jakieś krzywe... To już nienaturalna ingerencja, moze ja nie mam prawa tak moralizować... Trudna sprawa.
Niestety, niektóre mają nieciekawą jakość... Ale to z winy bloga. Powalczę dalej, ale póki co...