Na tablicy ogłoszeń trochę zmian.
No i w domu rodzinnym już znajduję się aktualnie po sylwestrowaniu w Grabówce ukochanej... Opisywać imprezy tej kilkudniowej z kumulacją wszystkiego w noc sylwestrową nie będę, bo podejrzewam, że Aldaron zrobi to najlepiej (tak ma poprostu), jak tylko w Grabówkowym domeczku się uspokoi troszku.
Chciałam tylko podziękować każdemu, kto słał tak cudowną energię w to miejsce (nie zależnie czy tam był czy nie) dając tym samym pomoc mi, i wielu, wielu, wielu...
Choć było we mnie okresowe pewne zmęczenie, czasem strach, i inne bliżej nie określone czucia/nieczucia dziwaczne to jednak owe doły złe, w niesamowity sposób wypełnone zostały drobnobłyszczącym śniegiem oczyszczającym i owocowym powietrzem otaczającym;)
I jest dobrze, dzięki Wam, bo bez WAS nie byłoby nic...
Wczoraj miałam sen.. o Was, o ludziach, którzy od prawie trzech lat mnie tworzą, rozwijają, sprawiają ze TRWAM...
Śniłam, o całym mnóstwie postaci barwnych tak intensywnie jak tylko to jest możliwe, we śnie.
Postacie nie miały twarzy, zamiast nich każdy miał szkalną kulę we wnętrzu której kłębiły się, snuły uczucia, emocje, myśli. Niektóre kule były ciemne, tak jak niebo zaciągające się chmurami burzowymi- właściciele takowych zataczali się, jak pijani rozpaczliwie szukali oparcia. I odziwo znajdowali je. Mnóstwo rąk z pooplatanymi koralikami nadgarstakmi podtrzymywało ich i nie pozwoliło upaść, zniknąć...
WSZYSTKIE kule te wydzielały ciepło, ale takie prawdziwe, które nie parzy lecz grzeje i pozytywnie wzmacnia.. coś niesamowitego, każdy z nas jest pierwotnie dobry.
Był też dzwięk, salwa dźwięków. Każda istota sobą grała jakąś melodię, nuty wręcż wyskakiwały z kieszeni ciuchów różnorakich. Byli soliści, były pary, tria, kwartety, chóry przeogromne zgrywające sie harmonijnie i RAZEM tworzące tak ważną muzykę, zwaną też harmonią.
Był też krąg, który wyznaczała świetlista kopuła zamykajaca się nad głowami ludzi, poza bijącym z niego światłem krążyły cienie niedobre, lecz świadomą naturą swą zamykały sobie drogę do ciepła, ich strata.
Usilnie starałam się stać osobą trzecią w tym śnionym świacie by zobaczyć siebie, swoją kulę i posłuchać swojej muzyki. Niestety się nie udało, szkoda bo troche samokrytycyzmu nie zaszkodziłoby.
Czosnek brutalnie mnie wyrwał ze snu, liżąc po twarzy i błękit swój wpijając wymownie oznamiając że czas na spacer, czas na przemyślenia..
Człowiek
jest nie tylko tym
kim wykazuje się
w swoich czynach i słowach
lecz również tym,
o czym marzy
w swoich tęsknotach...
2:00, noc, starówka Lublin, ( parogodzinna znajomość)
- Kaja, mam proźbe...
- mów
-jak kiedyś zemdleję, to wyciągnij mi szkła kontaktowe
-...
Teraz pełno paradoksów kręci się gdzieś wokół mnie, jakaś jasność oświetla dalszą dróżkę najbliższą, co daje pewną stabilizację a jednocześnie pachnie nieciekawie monotonią i serkiem z dżemem brzoskwiniowym co zamieszkał w lodówce na stałe.
Dzisiaj w nocy wróciłam z Lublina- zaoczne studiowanie- semestr II trzabyło zacząc, bardzo pozytywne wrażenia, ludzie z grupy pełni dobra, i otwarci nawet na takie dziwactwo jakim jestem ja. Na Fizjologii zwierząt naucza mnie niejaki włoch, co swym temperamentem sprawił ze na tym cholernie nieciekawym przedmiocie zaświeciło słońce- mianowicie najpierw wykazał jakąs przedziwną fascynację mierzenia temperatury wszystkiego co popadło (jakimś dziwnym urządzeniem przypominającym pistolet), między innymi swojej wdzięcznej i a jakże obszernej łysiny, i niczemu winnej żaby. Ową zieloną żabę uparł się również wsadzić na 10 minut do lodówki (!!!) by udowodnic nam że temperatura jej po tym zabiegu spadnie. Pomimo usilnych mych protestów, pozostał nieugięty więc razem z nieszczęsną żabą przezyłam najdłuższe 10 minut w moim życiu. Następnie jako asystent doświadczenia NIBY PRZYPADKIEM zostałam oblana pływającymi pierowotniakami treści żwacza krowy- bezwłosy włoch śmiał się tak serdecznie, że nawet żaba łaskawie wybaczyła mu lodówkowe doświadczenie i zaczeła skakać jakby radośniej. Tak, te zajęcia zostaną mi długo w pamięci...
Długo nie pisałam na Niemaniu, dziękuję Aldaronie za mobilizację- jakoś tak chcenie nie przekłada się u mnie na praktykę- to moja podstawowa wada która ujawnia się ostatnio nadzwyczaj często.
Żyję teraz z zaciśniętymi zębami, półzamkniętymi oczami, tylko na wdechu. Pomimo, że pracuję w miejscu które kocham, wśród koni to jednak muszenie mnie przerasta i powoduje, że częściej gadam z czworonogami niż na nich jeżdżę, ale muszę się wziąść w garść i zyć dalej bo przecież marzenia się spełniają.
Coraz bardziej męczy mnie Śląsk, więc pomimo, że jest tam mój rodzinny dom i oddycham tym skażonym powietrzem od 20 lat, potwierdzam negatywność tego miejsca powodującą totalny daltonizm. Nie chcę tu być, jeśli wogóle jestem gdziekolwiek poza swoją świadomością.
Dość już, uśmiech ma być, a Kraków coraz bliżej
Niedawno urodziły sie te miśki, nie znam bardziej hipisowskiej rasy niż Husky- ciągle wesole, nie do wychowania, kochające ponad wszystko wolność i szaleńswa nieustanne.
Tulam ciepło
Onego czasu, kiedy świat okrągły był jak flinta, a wróble i koguty chodziły w ostrogach, a bramy Krakowa zapinały się na guziki, a płoty z lizaków grodzili, rzekł pan do robotników swoich:- Odejdźcie, bo was kopnę. Kiedy krowa zapiała po raz trzeci, a rzeka Jordan stanęła w pomidorowych płomieniach. Ludki szczekały, psy słomę znosiły, aby ów pożar zagasić i wypłynęły trzy statki, z których jeden był cały, drugiego było pół, a trzeciego nie było wcale. I przyniesiono człowieka, który ręką ani nogą jeść nie chciał, a dano mu siana, a on mówić nie chcial. Usiadł ów człowiek na statek, którego wcale nie było, i jechał czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Zajechał na drugi brzeg niemania i ujrzał tam piękną jabłoń, wlazl na tę gruszkę, narwał pięknych śliwek i zobaczył go człowiek, do którego to winogrono należało i rzecze:- człowiecze, po coś ty wlazł na moją sosenkę? Spadł ów człowiek, pozbierał brukiew i pietruszkę i sprzedał ją babie, która po swej śmierci jechała dziesięć księżyców na rowerze. Tyle jest słow zapisane na trzydziestym trzecim fałdzie babskiej spódnicy, na śnieżnych górach.
Przyleciałam do rodzinnego domu na jednym zdrowym skrzydle, to drugie- wiśniowe, porywcze a przedewszystkim bardziej "moje", a co za tym idzie, przezemnie mocniej tulane, gdzieś po drodze się rozstrzaskało.
Najpierw tego nie odczułam- takie tam lekkie draśnięcie, każdy z nas tego doświadcza. Będzie dobrze- głowa w górę! Do ludzi wyjdź!
Potem dziwny śmiech, pozytywno-śmieszno-pozytywny - taki ot. normalny. Rozszerzona tęczowa źrenica oczka w głowie. Pełna skrajna mobilizacja resztek siebie. Do ludzi wyjdź!
Pomimo to, nic nie jest takie jakie być powinno- moja wina, zaniedbana rana postępuje, i nagle sie dzieje- wielki strach ogarnia, łzy mieszają się z polnym pielgrzymkowym pylem a energia ulatuje na manowce. Uciekać!
Trzy dni samotnej rekonwalescencji. lizanie ran, kopanie upartego aswaltu, pomogło- skrzydło w temblak zapakowane, nadzieja na małą bliznę. Do ludzi wyjdź!
Następne parę jednostek czasu bardzo ciekawe- dużo doświadczeń, nauki, przemyśleń a przede wszystkim ostrożność. To co ma sie leczyc nie chce wyzdrowieć- czuję ze lekarstwo mojej roboty nie wystarczy by polecieć prosto,lekko. To ludzi- człowieczy dech pomoże mi być sobą NAPRAWDĘ.
Kurację więc czas zacząć...- do ludzi wyjdź... boję się...
pozdrawiam nowych i starych- pięknych Niemania tworzycieli :)
Tak trochę od siebie chciałam napisać, tak zupełnie na luzie bez żadnych przemyśleń czy sprawdzania poprawności ortograficznej czy interpunkcyjnej tekstu. Może zostanie to uznane za zaśmiecanie bloga jakimiś bezcelowymi postami, bez żadnego przekazu czy zachęty do przemyśleń.
Matura ma zbliża się wielkimi krokami, teraz kiedy w głowie mojego chcąc nie chcąc najbliższego otoczenia szumią wielkie słowa "egzamin dojrzałości" - rzygać się chce. Mam wrażenie, że sunę jakimś tunelem bez końca, bez żadnej nadzieji na gwałtowny uskok w bok w jakiś boczny jego odłam, gdzie będzie się tliło ognisko, które swym swoistym językiem śpiewać będzie łagonego bulesa. Żadnej nadzieji by stanąć i pochylić głowę w pogodnym zmęczeniu dobrze przeżytego dnia. Matka mówi "wariatka", ojciec mówi "nonsens", brat- "ja nic nie rozumiem" a razem solidarnie krzyczą - ZMIEŃ SIĘ I POMÓŻ! Każdy żyje swoim obrazem, malując go i ciągle poprawiając, czasem zmęczone oczy przesuną się na inną twórczość by krytycznie coś skomentować. Potrzebne to jest bardzo lecz pokora mi się gdzieś zapodziała, może wyfrunęła przez dziurawą kieszeń. Mówią- optymistka złożona z wielu trudnych do dopasowania elementów. Któż to zdoła ułożyć w jedną całość? Kto sie pofatyguje? Wiara ciągle jest, i będzie, zawsze jest to jedno ostateczne, pewne wyjście - samotność. Straszno mi.
Niestety, niektóre mają nieciekawą jakość... Ale to z winy bloga. Powalczę dalej, ale póki co...