niemanie...

...Twoja do Jedynego Droga i Muzyka do transowego życia pomyka

AldaronSolre(d)agującyMirandolaMareckiAniołekSotarmooijdElisAśKamilwiktorWłóczkaDźwiedziuJagoda
PatrykZapałkaMorisKajaGosiannabryzkaA.KarolinaBogusiaGregMuminkaPiccolobiała chmuraKawojtekitek

not to be ashamed


PRZEDMIOT WZDYCHAŃ PAWŁA ALDARONA CZEKALSKIEGO BYŁ ZAWSZE, JEST I POZOSTANIE POSTACIĄ FIKCYJNĄ. ZEZNANĄ MI, ŻYWĄ OSOBĄ, Z KTÓRĄ BYWA MYLONY MA TYLE WSPÓLNEGO, CO LAURA PETRARKI. ZBIEŻNOŚĆ IMION ORAZ WSZELKIE PODOBIEŃSTWO JEST (ŻENUJĄCE, KŁOPOTLIWE I) PRZYPADKOWE.


PISZĘ STĄD PO RAZ OSTATNI,

DO ZOBACZENIA W REALU.


TO BĘDZIE DOBRY ROK.


ZAPAŁKA (CORAZBARDZIEJ@GMAIL.COM)

2 istoty juz coś napisały...

skasowało nam wczorajszego (bardzo długiego) posta

jeśli nie było Cię w Lu...

 
nigdy nie zrozumiesz.
6 komentarzy... Dużo Nas... będzie więcej?

audycja

Jedni ich nienawidzą, inni – uwielbiają. Są oskarżane o spowodowanie wzrostu liczby rozwodów i samobójstw oraz rozpad więzi społecznych. Kim są, i czego od nas chcą – Szydzisie?

 

„Szydziś, szydzień –postanowienie złamane dzień od podjęcia go; również demon uosabiający owo postanowienie. Jako jeden z nielicznych słowiańskich duchów domowych był bliski wyginięcia przez niemal całe swe istnienie, nagły wzrost populacji datuje siędopiero na drugą połowę XX w.”

 

            „- Wojtek, cóś żem słyszoł, żeś mioł dzisiej nie pić?

            - On? Dyć nie widzisz, kaj mu szydzień za plecami stoi?” (Zasłyszane)

 

Szydzisie najczęściej przyjmują postać bliskich znajomych i domowników. Czasem też pozbawione są ludzkiej postaci, pojawiają się zwykle w południe, o północy, rankiem i o zmroku. Aby odpędzić szydzienia, często wystarczy formuła:

 

„ – Co? Ja co wczora postanawiałem?

Ino dla hecy tak powiedziałem!”

 

Jeśli jednak to nie wystarczy ( ai tak się zdarzyć może) znaczy to, ze jest Szydzień szczególnie potężny, a topo temu, że istotniejszy jakiś kawałek duszy naszej ma we władaniu.

Wtedy nie ma rady.

Trzeba postanowienie podjąć,kolejny raz, przy świadku, i wypełniać solennie.

Nawet wtedy, kiedy nikt niepatrzy.

***

 

Na pytania słuchaczy odpowiada wielbicielka szydzisiów i specjalistka d.s. Światów Wsobnych, dr.Maria Skrzek

 

Ania, 18 – Czy można zaprzyjaźnić się z Szydzisiem?

 

 - Kiedyś uważano to za niemożliwe, później –za haniebne. Dziś doczekaliśmy czasów, gdy autorytety religijne przechadzająsię spokojnie ulicami otoczone przez swych ulubieńców. Jesteśmy świadkamirozkwitu niezwykłej mody; chyba nie sposób zostać dziś choćby guru, joginem czyprorokiem, jeśli nie ma się wystarczająco rozpieszczonego pupilka. Słowem, – naco jeszcze czekasz?

 

Tomek, 22 – Jakie są koszty utrzymania szydzieni? Czy staćmnie na to?

 

- Odpowiem najpierw na drugiepytanie: oczywiście, że tak! Największe koszty ponoszą rzecz jasna ich świeżoupieczeni przyjaciele. Nie martw się, jeśli będziesz czuć się nieco nieswojo wich towarzystwie. Bowiem po okresie adaptacji (od 2 tygodni do 3 miesięcy) nietylko do nich przywykniesz, ale przestaniesz od siebie czegokolwiek wymagać! Anowe egzemplarze pojawią się w twej kolekcji już niepostrzeżenie!

 

Krysia, 32 – Po wysłuchaniu Waszej audycji wiedziałam, ze tego właśnie brakowało mi do

 szczęścia. Hodowla okazała się tak prosta, jak obiecywaliście. Jest jednak inny problem: moja mama… Wciąż powtarza, że obiecywałam jej pomagać, że miałam wcześniej wracać do domu. Opowiadam jej o cudownych szydzisiach, ale ona nie rozumie dzisiejszej mody. Co robić?

 

- Droga Krysiu! Widzę, że naprawdę zakochałaś się w szydzisiach. Czy jednak nie przygarnęłaś ich zbyt wiele, jak na początek? Niestety, takie reakcje jak Twojej mamy będą się jeszcze długo pojawiać w naszym nietolerancyjnym społeczeństwie. Jednak mam dlaCiebie radę: spraw swojej mamie prezent! Na początek – niech będzie to szydzień malutki i niekłopotliwy, jak np. „nie będę więcej prać twoich śmierdzących skarpetek!” albo „nie będę więcej rozmawiać z tą zołzą z naprzeciwka”. Zdziwisz się, jak szybko Twoja mama przywyknie do nowinek.     

 

 

3 istoty juz coś napisały...

nie powinno się pisać takich postów

wczoraj rano spłonął dom moich rodziców.

 

i to nie jest sen ani eksperyment myślowy

 

chociaż wszystko zdaje się na to wskazywać.

nie nasuwa mi się pytanie - dlaczego?

absurdalne na pierwszy rzut oka

 

i tylko jak nagle zostajemy sami

z górą wyrzutów sumienia

niewygody

i zadowolenia

 

że obarcza się nas bezprawnie czymś takim

że empatia ma jakieś granice

że to, co można zrobić, to bardzo, bardzo niewiele.

 

rób swoje, myśl mało, jedz wszystko.

 

4 istoty juz coś napisały...

Brak tytułu

pamiętacie?

 

jest sekunda,

wszechświat robi woltę,

i nic , ale to absolutnie nic - pozostaje takie samo.

 

tylko ja - to takie absolutnie my -

poruszone znika we własnym wnętrzu wyrzucając na powierzchnię.

nowe oczy.

nowe trzewia.

 

jeszcze uczysz się patrzeć a już widzisz że wszystko

to nie wszystko

 

bo to największe szczęście jest najtrudniejsze

i jest to tajemnica której nie możemy w sobie zawrzeć, na zawsze.

 

jeśli rozumiesz to nigdy nie zrozumiesz

i to nie jest tylko łatwe stachurowe gadanie

ale i strach, i prawda.

 

pamiętacie?

jest sekunda,

wszechświat robi woltę.

2 istoty juz coś napisały...

na bezsenność



gorączka nie spada po zlocie
dosłowna ni metaforyczna

nawet byłam dziś u lekarza
mądrego nic nie wymyślił...

położyć się, śnić o lataniu
i w końcu porządnie się wyspać

trzeba gdzieś zrzucić tymczasem
tę nadprodukcję energii

nim układ sił - i bezsilność
się ostatecznie wyrówna

ludziom zagubi się w biegu
konieczność dźwigania świata

dziś, jutro, może pojutrze
jest jeszcze dosyć wariactwa...

2 istoty juz coś napisały...

"w stronę większego sensu..."

jeżeli roztrzaskają nam głowę, nie przywiążemy do tego większego znaczenia. jest to niechybny znak, że właśnie taką mamy ją mieć.
(bł. Josemaria Escriva de Balaguer, założyciel Opus Dei)

po mału
po cichu

po wracanie

4 ściany i jakoś tak nie jest do końca pusto, nawet gdy wszyscy istnieją gdzieś indziej...

obiecałam napisać
ale nie umiem pisać `relacji`...

dzieje się coś dziwnego gdy naprawdę podejmujemy decyzję, że ogranicza nas tylko wyobraźnia.
następuje sprzężenie zwrotne.
świat zaczyna wierzyć w to samo.

dzieje się coś dobrego gdy zaczynamy mówić ludziom siebie,
dzieje się - gdy pozwalamy sobie na prawdziwą ucztę życia - zmęczeń biegów i medytacyjnych przystanków... na progu świtu lub na widok łódzkich ślepych okien, oskalpowanych ścian. [od czasu do czasu nawet śmiech szaleńczy katatonia]

to wszystko
gdy nie zostawiamy sobie się na później.

bądź uważny...

dzięki Wam wielkie.

dąż do szczęścia.

jest coś ekshibicjonistycznego w pisaniu postów, coś co jest bardzo nie moje...
ponoć powinniśmy robić to właśnie, czego się boimy

jakiś czas temu miałam surrealistyczny sen.
byłam na zlocie... czy w jakimś innym podobnie pełnym znajomych twarzy miejscu... usnęłam w swoim śnie.

i przebudziłam się, przebudził mnie odgłos pękającego lodu. zlot okazał się być snem właśnie. stałam w lekkiej nocnej koszuli, boso, a wokół we wszystkie strony po horyzont rozciągało się jezioro.
pękające i zamarznięte. ja zaś - ledwo co obudzona. boso, tak we śnie, jak i na jawie nie umiejąca pływać.

długo trwała ta samotna przeprawa  przez biel.

gdy obudziłam się po raz kolejny, na krzywej w łodzi, stopy miałam już odmrożone. traciłam nadzieję.
nie polecam nikomu lunatykowań po jeziorach.
choć wiem, że to bez sensu - każdy gdzieś znajduje swoje zimno i kruchość,
 zamknięcie.
nie mówię tylko o tym, że się przestraszyłam.
dwa dni dochodziłam potem do siebie.
do dziś ciągnie się za mną przeziębienie.

żeby móc być naprawdę razem musimy uczyć się osobności.
poznać granice swojego atomu, swojej skóry. poszerzać granice umysłu i serca, by nie szukać ludzi jako luster, które pomogą nam ponazywać siebie, poukładać i oswoić, ale...
 po prostu jako ludzi kochanych, bez względu na dźwięki, zgrzyty, melodie i odległości.
wtedy z naszych zgrzytów układa się melodia ...

(a zlot - był. ten ostatni. piękny. ludzie piękni i dobro, dobro niezwykłe. choć może miałam tylko dwoje oczu i gorączkę, która, nota bene, powraca. może  jest w tym lekarstwem-szaleństwem. mój łepek ostatecznie jak czerwona kropla siarki potarta o draskę, jak zapałka. niech i tak będzie, jeśli ma być.)

dobrej nocy.
parabolka
3 istoty juz coś napisały...

wiosenny

 

nie moii

 

niem oie

 

niemm uj

 

 

strach...

 

dzieci, które płaczą bez powodu

płaczą,

 

bo nie zgadzają się że jest

zupełnie niezależny i obojętny wobec nich świat

że nie można siłą woli złożyć

tego dopiero co złamanego ołówka

 

że zginął i nie odnajduje się

papa smurf, mała figurka, na deski mostu upadł akurat tam, gdzie brakowało jej... trzymałam go w ręku, sekundę temu, czuję jeszcze ten kształt, tak mocno i wyraźnie, biała broda w dotyku jest nieco brodatsza niż czerwoność ubranka...

nie było nawet apokaliptyczności `plusk`

plum?

chlap.

 

nie zatrzymał się na chwilę wiatr

woda nie skłębiła się złowróżebnie

a tata nie chciał odprawić lamentacji

zadzwonić do oczyszczalni

spenetrować dna.

 

mógł mówić, może opowiadał, że kupi mi nową figurkę; nie pamiętam, gdyż nie ma to nic do rzeczy.

 

właśnie zginął wszechświat.

 

właśnie stałam się, raz jeszcze, raz po raz, bardziej światu obca.
nie chodzi o bryłkę plastiku, nigdy nie miałam problemu z rozróżnianiem materii ożywionej. nie chodzi o powód by raz jeszcze wzbudzić w świecie litość nade mną i żal... łzami zwróćić na siebie uwagę bogów.

 

pytanie, które wtedy zadawałam:

jak mogę żyć

stawiać stopy

wiązać nadzieje

sznurówki i myśli

z czymś,

 

co zachowuje się tak idiotycznie nieodpowiedzialnie.

nie gram w tę grę. gdzie wygrana zależy od rzutu kością, która zawsze londuje w podciemności fotela.

a wyniku dowiadujesz się z oczu kota,który nigdy nie mówi ci prawdy.

wiedziałam, że nie taka jest prawda o świecie. że to nie gra w chińczyka o to kto jutro zmywa.

a jednak.

kulki z kauczuku, nieudane rysunki, rozlana herbata i zeszyty, które upadały w deszcz... nawet zgubione wieczne pióro taty (zostało w ośrodku wypoczynkowym pod warszawą; od tej pory nie ma już na świecie żadnego dobrze piszącego wiecznego pióra) utwierdzały mnie w tym, że ktoś mnie oszukuje.

 

ta intuicja

ten pomysł, że świat powinien przekonfigurować się słysząc

tensknotę za sprawiedliwością dziecka

jest prawdziwa. wiem to już teraz, choć nie umiem udowodnić. to co fizyczne i nieuniknione, jest niemoje. ten świat kalkulacji, czasu i przestrzeni, jest niemój. jest to wiedza którą miałam zanim miałam jakąkolwiek inną, i nie umiem w nią nie wierzyć. nie ma zła ani śmierci. nie mam przypadkowości, nieodwracalności, zniszczenia. jest to złudzenie optyczne, ale złudzenie może zabić,

 

 

(post nieskończony, ale ważny.)

3 istoty juz coś napisały...

jeśli znajdziecie, podzielcie...

 

 

Czasem chciałoby się zwyczajnie być, po prostu.

nie zamęcać nie zanęcać i nie odstręczać, zgubnie, obłudnie czy samolubnie, ale popłynąć zgodnie z tym raz na zawsze wartkim prądem.. prądem wartym by nań się zdać...

 

czasem chciałoby się wierzyć, że przemierzamy same dobre ścieżki.

że każda z nich jest zmierzona, od początku do końca.

I że wrzosy, kamienie, paprocie - są na pewno, są nas pewne...

więc nie wolno nam ich zawieść ni opuścić.

 

czasem chciałoby się umieć latać.

chciałoby się pisać słowa w zdania sensowne, do końca świata.

w ogniotrwałe poematy wiecznych prawd...

 

czasem chciałoby się mieć oprócz kubka herbaty (dziś jest to lipton papaja, w tej przestrzennej torebce, pierwsza herbata jaką zdarza mi się pić tego roku)

 

jeszcze cosik ciepłego, coś, albo kogoś, dłoń, słowo...

 

czasem ogarnia wściekłość bezradność na rzeczy ulotość.

i stokroć gorszą ulotność ludzi, milion - sensów...

 

no bo jak w nas ocalić to, co nieprzerwane, inaczej?...

 

 

czasem chciałoby się być, po prostu, i oby się wszystko toczy pomimo zamknięte oczy,

oby los nas tu chciał...

 

nie wiem jak inaczej mogę wytłumazyć się z myślenia,

pokornie czekam na bezmyśle...

 

czasem chciałoby się być po prostu...

tak sobbie marzę, noworocznie, nowodniewnie...

bo zasnęłi wszyscy i znów sama, i wychodzę, zanim wstaną, już.

 

więc tak Wam dziś nowodniewnie,

na zawsze poprostu bycia,

półlekko, bezumiejętnie

 

ot.

 

4 istoty juz coś napisały...

dziś rano w tramwaju



Jestem złodziejem długopisów
Jestem synkretycznym zbójem
Jestem Ozimkiem
Jestem Hamukiem
Jestem tym, czego ci brakuje.

Jestem tworzycielem napisów
Jestem symultanicznym królem
Jestem zgrzebłami
Jestem Skrzeblami
Jestem twym cieniem i Ramulem

Jestem tautologią kaprysów
Jestem makulatury chmurą
Jestem kułakiem
Jestem tombakiem
Jestem twą drugą naturą


dziś rano w tramwaju jakiś tajemniczy głos zaczął śpiewać w mojej głowie... Może trywialne, mniej klasyczny jest dalszy ciąg... najpierw śpiewał pierwszą zwrotkę w kółko, a melodia była tak dziwna że zaczęłam nucić pod nosem. Ludzie wokół zaczęli się patrzeć... Aaa... Zamilknij, myśl o czymś innym.. Aaa... A on wtedy zaczął śpiewać dalej. I śpiewa, o zgrozo, nie wiem skąd to, ale wiem że w internecie stanie się mniej realny, musi przecież.
4 istoty juz coś napisały...
 
statystyka